poniedziałek, 10 października 2016

Evree Magic Rose Upiększająca kuracja do twarzy i szyi do skóry mieszanej...

Witajcie!

Od mniej więcej pół roku moja codzienna pielęgnacja twarzy dość znacznie się zmieniła. Zrezygnowałam z dużej ilości drogeryjnych kosmetyków na rzecz tych bardziej naturalnych. Nie wiem czy to stan ciążowy tak na mnie podziałał, ale postanowiłam trochę zmienić nawyki kosmetyczne. Co prawda nie porzuciłam wszystkich sklepowych kosmetyków, ale już rzadziej po nie sięgam. Staram się korzystać z jak najbardziej naturalnych kosmetyków, które będą dobrze działały na moją skórę. Dzięki temu moja cera poprawiła się i jest w dobrym stanie już przez dłuższy czas. Kiedyś nie pomyślałabym, że moja skóra twarzy będzie zadowolona z tego typu kosmetyków, a tym bardziej ze stosowania olejku, o którym dzisiaj będzie mowa. Mam na myśli Upiększającą kurację do twarzy i szyi do skóry mieszanej Magic Rose Evree.




Upiększająca kuracja do twarzy i szyi do skóry mieszanej Magic Rose Evree to po prostu olejek różany. Ale za to jaki przyjemny olejek :-) Charakteryzuje się delikatnym różanym zapachem, który nie jest drażniący. Olejek zamknięty jest w szklanej buteleczce zaopatrzonej w pipetkę, dzięki której możemy aplikować odpowiednią ilość na skórę. Dodatkowo oczywiście zapakowany był w kartonik. Pojemność olejku to 30 ml. Używam go już od kilku dobrych miesięcy i zużyłam gdzieś jego 1/3 przy codziennym wieczornym stosowaniu. Wydajność jest więc bardzo dobra, ponieważ wystarczy jego niewielka ilość, aby dokładnie pokryć skórę twarzy i szyi. 

Używam go codziennie wieczorem po dokładnym oczyszczeniu skóry i nałożeniu serum (o którym pisałam tutaj). Olejek stosuję po prostu jako standardowy krem nawilżający na noc i w tym przypadku sprawdza się rewelacyjnie. Świetnie nawilża skórę twarzy i szyi, nie przetłuszczając jej i co najważniejsze nie zapychając. Kiedy kupiłam ten olejek i kilka razy go użyłam faktycznie trochę zapchało mi cerę i pojawiły się na niej niedoskonałości. Wtedy odstawiłam go. Myślę, że było to jednak spowodowane ogólnym złym stanem mojej cery, która chyba nie była gotowa na przyjęcie tego typu kosmetyku. Po jakimś czasie zrobiłam drugie podejście do olejku i wtedy dopiero się polubiliśmy. Olejek w połączeniu z serum z Planety Organici daje świetne efekty. Jak już wspomniałam bardzo dobrze nawilża. Kiedy rano wstaję skóra twarzy i szyi jest nawilżona, ale nie widać na niej sebum, co bardzo mnie cieszy. Przy jego regularnym stosowaniu cera jest nawilżona, odżywiona, nie świeci się, jest delikatna, jędrna i przyjemna w dotyku.

Olejek ten oprócz takiego zastosowania jak moje, można także wykorzystać jako maseczkę, bazę pod makijaż, kosmetyk do makijażu i masażu twarzy. Jak widzicie olejek ma kilka fajnych zastosowań, dlatego warto w niego zainwestować, tym bardziej, że kosztuje ok. 30 zł, a w promocji możecie kupić go jeszcze taniej (ja tak zrobiłam). Do tego jest mega wydajny. Po olejek mogą sięgać osoby z wymagającą i problematyczną cerą, taką jak moja. Nie zawiera on olejów mineralnych, parabenów i silikonów.

Skład olejku dla zainteresowanych: 
Rosa Centifolia Oil, Caprylic/Capric Tri-glyceride, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Oryza Sativa Bran Oil, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, BHA, Benzyl Salicylate, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Hydroxycitronellal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carbox-Aldehyde, Parfum, Linalool.
 


niedziela, 9 października 2016

Tygodnik kulturalny...

Witajcie!

Pogoda za oknem nie dopisuje do wychylania nosa poza dom więc mam dla Was dzisiaj małą porcję poleceń kulturalnych, które pozwolą Wam się zrelaksować w domowym ciepełku. Mnie osobiście dopadł katar mimo, że obecnie coraz rzadziej wychodzę z domu. Brzuszek rośnie i coraz ciężej mi się poruszać ;-)



Na pierwszym miejscu jest film, który wczoraj obejrzałam. To "Zanim się pojawiłeś". Wg mnie tytuł powinien brzmieć "Zanim się pojawiłAś", ponieważ główna bohaterka opowieści to niebanalna, prosta dziewczyna, dzięki której sparaliżowany mężczyzna czuje się przez chwilę jak przed wypadkiem. Bohaterka jest bardzo barwną postacią dzięki swojej otwartości, ale przede wszystkim dzięki swoim nietypowym strojom, które idealnie do niej pasują. Z kolei jej podopieczny jest wyrafinowany i wyniosły. Jednak jak to w filmach bywa przeciwieństwa zawsze się przyciągają, jednak w tym przypadku nie ma standardowego happy endu. Popłakałam się na tym filmie więc polecam ;-)




Książka, która ostatnio mnie zainteresowała to "Dziewczyna z pociągu" autorstwa Pauli Hawkins. Opowiada ona historię kobiety podróżującej codziennie do pracy tym samym pociągiem, który zawsze zatrzymuje się przed tym samym domem. Kobieta zaczyna obserwować jego mieszkańców i wczuwać się w ich życie. Jednak pewnego dnia widzi coś, czego nie powinna i to zmienia jej, i tak już nieudane życie, w jeszcze bardziej pogmatwane.




Na koniec coś do posłuchania: Maxine Ashley i jej "Lobster". Utwór klimatyczny, tak jak i jego wykonawczyni i teledysk do niego.





środa, 28 września 2016

Dodatki do domu...

Witajcie!

Lubicie fajne dodatki do domu? Bo ja uwielbiam! Co prawda cenię sobie minimalizm, ale raz na jakiś czas pokuszę się o jakiś nowy gadżet do domu, który fajnie będzie komponował się z całym wystrojem naszego domu. Od początku tego roku mieszkamy w naszym wymarzonym domu jednak nie jest on do końca wykończony. Zostało nam do urządzenia całe piętro oprócz łazienki, która już jest zrobiona. Przed nami jeszcze malowanie, kładzenie paneli i wstawianie drzwi. No i najmilsza część: urządzanie pokoiku maleństwa i naszej sypialni :-) Póki co urządziliśmy się na parterze i to tutaj mogę wykazać się i wprowadzić kilka fajnych gadżetów.



Wszystkie dodatki z powyższego zdjęcia pochodzą z Pepco. Metalowy biały domek na świeczkę oraz metalowy biały zegar dostaliśmy od przyjaciół. Podobnie jak i miękki koc szaro-biały, który posłużył za tło tego zdjęcia. Pojemniki ceramiczne kupiłam już kilka miesięcy temu. Spodobał mi się ich wygląd, ponieważ są porządnie wykonane i mają fajny design. Ich wieczka są drewniane, a czarne kreski nie zmazują się z nich. Przechowuję w nich nasiona chia i suszoną żurawinę. Domek i zegar zajęły główne miejsca na komodzie w salonie. Koc stał się moim ulubionym, gdyż jest bardzo miękki i przyjemny w dotyku i świetnie umila nam popołudniowe drzemki. Pojemniki również zajmują honorowe miejsce tyle, że na kuchennym blacie. Jak widzicie w Pepco można znaleźć sporo fajnych gadżetów do domu, często w bardzo atrakcyjnych cenach, które nie wyczyszczą do dna naszych portfeli. 

Ogólnie nie przepadam za przepychem w wystroju wnętrz, dlatego też nasze wnętrza są urządzone prosto, klasycznie, ale i z charakterem. W planach mam jeszcze pokazanie Wam naszych wnętrz i umieszczenie kilku porad dotyczących urządzania domu, które mogą Wam się przydać. Jesteście zainteresowane?


 

środa, 21 września 2016

Kosmetyczny hit ostatnich miesięcy - Serum do twarzy Anti Age do skóry tłustej i mieszanej Planeta Organica...

Witajcie!

Dzisiaj mam dla Was recenzję genialnego serum do twarzy Anti Age do skóry tłustej i mieszanej marki Planeta Organica. To serum w znaczny i co najważniejsze widoczny sposób poprawiło stan mojej cery. Tym samym stało sie moim kosmetycznym odkryciem, hitem i ulubieńcem ostatnich kilku miesięcy. Serum kupiłam w sklepie TRINY.pl, w którym znajdziecie wiele naturalnych i skutecznych kosmetyków.



Planeta Organica to firma produkująca rosyjskie naturalne kosmetyki, które są tworzone na bazie organicznych olejów i ekstraktów roślinnych pochodzących z certyfikowanych upraw z całego świata. W swojej ofercie Planeta Organica  posiada kosmetyki przeznaczone do pielęgnacji twarzy, włosów i całego świata. Ich produkcja odbywa się na bazie tradycyjnych receptur. Nie zawierają parafiny, silikonów, olejów mineralnych i SLS-ów. Nie zawierają składników genetycznie modyfikowanych i testowanych na zwierzętach. 

Żródło: triny.pl

To moje pierwsze zetknięcie z tą marką, ale jakże udane, ponieważ z tego serum jestem bardzo zadowolona. Znajduje się ono w szklanej ciemnej buteleczce o pojemności 50 ml. Buteleczka wyposażona jest w wygodną pompkę, która ułatwia dozowanie kosmetyku. Serum ma naturalny, delikatny ziołowy zapach, ale w żaden sposób nie jest on drażniący. Używam go rano po oczyszczeniu twarzy. Wystarczy jego niewielka ilość, aby dokładnie pokryć skórę twarzy. Po jego aplikacji i wchłonięciu smaruję twarz kremem na dzień. Potem nakładam podkład i gotowe. Stosuję go także wieczorem zamiennie z serum z kwasem hialuronowym i serum z witaminą C. Serum ekspresowo się wchłania, nie jest tłuste więc nie pozostawia tłustego filmu na skórze. Nie przetłuszcza skóry i nie zapycha jej, a wręcz przeciwnie. Powoduje, że skóra jest gładka, jędrna, delikatna i przyjemna w dotyku, nawilżona i matowa.




Przed stosowaniem tego serum w okolicach brody miałam podskórne gulki, które nie nadawały się do wyciśnięcia, a i ich zmniejszenie było bardzo trudne. Już po pierwszym tygodniu stosowania serum gulki znacznie się zmniejszyły, a w końcu całkowicie zniknęły, bez konieczności ich wyciskania. Przy regularnym stosowaniu tego kosmetyku kondycja mojej cery znacznie się poprawiła. Po pierwsze pozbyłam się podskórnych gulek trudnych do zlikwidowania i zapobiegłam powstawaniu nowych. Po drugie zmatowiłam skórę, która już mi się nie przetłuszcza i nie świeci. Po trzecie skóra stała się gładka, miękka i przyjemna w dotyku. Po czwarte prawie w całości wyeliminowałam zaskórniki i wągry, a pory zmniejszyły się. Czy zauważyłam jakieś wady tego serum? Nie, żadnych wad, tylko same zalety :) 

W składzie serum znajdziemy ekstrakt z Tamanu zawierający aminokwasy, witaminy i minerały, które regenerują i chronią skórę przed negatywnymi czynnikami zewnętrznymi, a także spowalniają procesy starzeniowe i przyczyniają się do zmniejszania drobnych zmarszczek. Morskie wodorosty, które mają działanie przeciwstarzeniowe i tonizujące, eliminują błyszczenie skóry, odświeżają i wygładzają ją.  Czerwone krasnorosty zatrzymują wilgoć w skórze i przywracają jej jędrność i elastyczność.

Dla zainteresowanych pełny skład serum:
Aqua enriched with Calophyllum Inophyllum Seed Oil * (Tamanu), Ascophyllum Nodosum Extract (askofilluma extract, brown algae), Furcellaria Lumbricalis Extract (extract Furcellaria), Laminaria Digitata Extract (kelp extract), Fucus Vesiculosus Extract (extract of seaweeds), Oreganum Vulgare Extract (extract of oregano), Spirulina Maxima Extract (extract of spirulina), Olea Europaea (Olive) Fruit Oil * (olive oil), Aralia Mandshurica Root Extract (extract of Aralia Manchu), Curcuma Longa (Turmeric) Root Extract (extract of turmeric), Foeniculum Vulgare Fennel Oil (fennel oil), Aloe Barbadensis Leaf Juice (Aloe Vera Gel), Calendula Officinalis Oil (calendula oil), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil (and) Cetearyl Glucoside (and) Avena Sativa (Oat) Kernel Extract ( oat milk), Corylus Avellana Seed Oil (hazelnut oil), Helichrysum Arenarium Flower Extract (extract of Helichrysum), Epilobium Alpinum Leaf Extract (alpine willow herb extract), Rosa Damascena Flower Oil * (oil of rose petals), Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil * (lavender), Melia Azadirachta Oil* (neem oil), Gingko Biloba Leaf Extract (Ginkgo biloba), Oenothera Biennis (Evening Primrose) Oil * (evening primrose oil), Rosa Canina Seed Oil * (rosehip oil), Simmondsia Chinensis Seed (Jojoba) Oil * (jojoba), Tocopherol, Ubiquinone (Coenzyme Q10), Cera Alba(Beeswax), Sucrose PalmitateN (product sugar cane), Sodium Stearoyl GlutamateN, Xanthan GumN (polysaccharide), Chondrus Crispus, Sodium Ascorbyl Phosphate (Vitamin C), Panthenol (pro-vitamin B5), Retinyl Palmitate (Vitamin A), Santalum Album Oil, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Oil (chamomile oil), Plantago Major Leaf Extract (plantain extract), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil * (almond oil), Salvia Officinalis (Sage) Oil (sage oil), Echinacea Purpurea Extract (echinacea), Salix Alba (Willow) Bark Extract, Cucurbita Pepo (Pumpkin) Seed Extract; SorbitolN, GlycerinN, Caprylic / Capric TriglycerideN, Palmitoyl Tripeptide-5, Glyceryl StearateN, Pentaerythrityl TetrabehenateN, Hydrolyzed Rice Protein (protein rice bran), Zinc PCAN, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Citric AcidN.
(*) Składniki organiczne, (N) składniki pochodzenia naturalnego, (NI) składniki identyczne z naturalnymi.

Biorąc pod uwagę pojemność serum 50 ml, jego cenę, która obecnie wynosi ok. 35 zł (kupiłam je w promocji za ok. 30 zł) oraz jego świetną jakość i skuteczność, polecam każdemu, kto boryka się z niedoskonałościami skóry i komu zależy na skutecznej poprawie stanu cery.


poniedziałek, 19 września 2016

Olej krokoszowy Etja - skuteczny środek przeciwzapalny...

Witajcie!

Długo mnie tu nie było, ale ciąża daje mi się we znaki. Mam z nią trochę problemów, a przed nami jeszcze dwa miesiące leżenia i oszczędzania się. Jestem jednak dobrej myśli i zatęskniłam do blogowania, które trochę zaniedbałam. Dlatego też mam dzisiaj dla Was recenzję olejku, który świetnie się u mnie sprawdził na niedoskonałości i wypryski na twarzy. Mam na myśli Organiczny olej z krokosza barwierskiego Etja.




Olej kupiłam kilka miesięcy temu w sklepie TRINY.pl. Przez ten czas zdąrzyłam dość dobrze go poznać i polubić się z nim. Najpierw jednak kilka słów o tym specyfiku. Olej krokoszowy jest tłoczony na zimno. Zawiera największą ilość kwasu linolowego spośród wszystkich olejów roślinnych. Zawiera też w sobie kwas oleinowy, palmitynowy, stearynowy, a także witaminy A i E. A jakie są jego właściwości? Zapewnia ochronę antyoksydacyjną skóry, zmiękczając ją i dbając o jej prawidłowy poziom nawilżenia. Ma działanie przeciwzapalne, łagodzi podrażnienia i zmiany trądzikowe, a także oczyszcza skórę i zwęża rozszerzone pory. 

Czy podziałał na moją tłustą cerę ze skłonnością do wyprysków? Tak, tak, tak! Muszę przyznać, że ciąża dość dobrze służy mojej cerze. Na jej początku miałam mały wysyp na twarzy, jednak po miesiącu lub dwóch wszystko się fajnie unormowało. Sama jestem zaskoczona, ponieważ gdybym nie będąc w ciąży jadła tyle słodkości, co teraz, moja twarz wyglądałaby jak pobojowisko, świecące z daleka. Na szczęście nic takiego nie ma miejsca :) Oczywiście jest to też zasługa kilku nowych kosmetyków w mojej codziennej pielęgnacji, o których w najbliższym czasie napiszę. Na pewno jednym z nich jest właśnie olej krokoszowy, ponieważ potrafi poradzić sobie z wypryskami znacznie szybciej niż, np. olejek z drzewa herbacianego, którego używałam jakiś czas temu. 

Kiedy już coś nieproszonego pojawi się na mojej twarzy od razu sięgam po olej krokoszowy. Jego zapach jest ledwo co wyczuwalny więc nie podrażni wrażliwych nosów. Jego konsystencja nie jest bardzo tłusta i ciężka, dzięki czemu wchłania się on dość szybko, a przede wszystkim nie zapycha skóry i nie powoduje jej przetłuszczania. Zazwyczaj stosuję go na pojedyncze wypryski, ale czasami, gdy zauważę pogorszenie stanu skóry w strefie T, to właśnie tam go aplikuję na noc. Jak olej radzi sobie z pojedynczymi trudnymi wypryskami? Bardzo dobrze! Aplikując go na takiego syfka na noc już rano widać znaczną poprawę. Zmiana zapalna jest zmniejszona i mniej boląca. Po dwóch-trzech dniach praktycznie nie ma po niej śladu. Podobnie jest ze strefą T, na której pojawiają się drobniejsze niedoskonałości. Również aplikuję go na noc w strefie T i po kilku krótkich dniach skóra jest wygładzona i wygląda zdrowiej. Olej zamknięty jest w szklanej, ciemnej buteleczce o pojemności 50 ml. Kosztuje ok. 10 zł więc biorąc pod uwagę jego pojemność, cenę, a przede wszystkim skuteczność, to naprawdę warto mieć go w swoim posiadaniu :-) Jestem pewna, że posiadaczki skóry tłustej ze skłonnością do trądziku, a także skóry mieszanej z tendencją do przetłuszczania się, będą z niego bardzo zadowolone.


czwartek, 7 lipca 2016

Czerwcowy projekt denko...

Witajcie!


Czerwiec już za nami, a więc pora na podsumowanie kosmetycznych zużyć tego miesiąca. Standardowo najwięcej udało mi się zużyć kosmetyków przeznaczonych do pielęgnacji całego ciała.

 




Wśród tych kosmetyków znalazło się kilka takich, do których dość często wracam więc często goszczą w mojej łazience.

 




* Żel pod prysznic Spa BeBeauty - z tego co pamiętam to jest to chyba wersja Bali. Żel ten posiada drobinki peelingujące, które naprawdę dobrze radzą sobie z usuwaniem martwego naskórka z ciała. Do tego bardzo ładnie pachnie. Regularnie do niego wracam.

* Olejek pod prysznic Isana- bardzo fajny olejek pod prysznic. Niektórzy narzekają na jego specyficzny zapach, jednak dla mnie jest on normalny i podoba mi się. Olejek po rozsmarowaniu na skórze lekko się pieni. Obecnie używam go do mycia ciążowego brzuszka ;-)

* Żel + oliwka pod prysznic Lirene - wersja Mango. Bardzo ładny zapach, jednak dość słaba wydajność. Do tego nie nawilżał ciała. Ale czasami dla urozmaicenia sięgam po żele tej marki.

* Żel do higieny intymnej Facelle - wersja Sensitive. Często sięgam po żele tej marki. Niektórzy używają ich do mycia włosów, twarzy i całego ciała. Ja używam go zgodnie z przeznaczeniem. Ostatnio zdradziłam go z Białym Jeleniem ;-)

* Mydło w kostce Alterra - wersja imbirowa. Mydła używałam do mycia rąk. Nie wiem jak sprawdzi się na całe ciało. Jego zapach na początku był w porządku, jednak po kilku zmoczeniach mydła, jego zapach zaczął przypominać nieświeży imbir.

* Żel pod prysznic Balea Paradise Beach - uwielbiam żele tej marki za ich soczyste zapachy, jednak od jakiegoś czasu trochę przesuszają moją skórę. Jednak ich zapach wynagradza tę wadę.

* Żel do golenia Balea - bardzo fajny żel do golenia o przyjemnym zapachu. Nie przesuszał skóry i był wydajny.

 




* Skoncentrowany krem oliwkowy foto-ochronny Ziaja - krem wykorzystałam jako krem do rąk, ponieważ zupełnie nie sprawdził się na mojej twarzy. Owszem nawilżał ją, ale i zapychał i przetłuszczał.

* Kakaowy krem do rąk Avon Care - to mój ulubiony krem do rąk tej marki. Ma bardzo fajny kakowy zapach, jest wydajny, a do tego spełnia swoją rolę.

* Nawilżający krem do stóp z mocznikiem Fuss Wohl - mój ulubieniec. Od jakiegoś czasu nie sięgam po żaden inny krem do stóp, bo ten jest rewelacyjny. Świetnie nawilża skórę stóp, pozostawiając ją miękką i delikatną. Do tego jest bardzo wydajny i kosztuje niewiele.

* Szampon do włosów z mocznikiem Isana - czasami dla urozmaicenia pielęgnacji włosów sięgam po szampony tej marki. Nie należą do zbyt wydajnych, ale ich cena także nie odstrasza. Nie robią problemów na mojej głowie więc polecam wypróbować.

* Dwufazowy płyn do demakijażu - kolejny mój kosmetyczny ulubieniec. Świetnie usuwa makijaż, nie pozostawiając tłustej warstwy, szczególnie na powiekach. 

* Tusz do rzęs False Lashes i Pump Up Lovely - tanie i dobre i pewnie wszystkim bardzo dobrze znane :)





* Nawilżany papier toaletowy rumiankowy Quenn.

* Płatki kosmetyczne Carea.

* Maska do twarzy anty-stress Ziaja - bardzo fajna,  delikatna i niepodrażniająca.

* Próbka perfum i kremu do twarzy.

 

A jak Wam poszło w czerwcu ze zużywaniem kosmetycznych zapasów? :-)



czwartek, 30 czerwca 2016

Piątki pachnące Yankee Candle: Lilac Blossoms...

Witajcie!


Dawno nie było recenzji wosków Yankee Candle więc dzisiaj to nadrabiam. Na tapetę idzie wosk typowo kwiatowy czyli Lilac Blossoms. Aromatami w nim dominującymi są bzy i lawenda.

 

 

Sięgnęłam po ten wosk z myślą o powrocie do majowego aromatu bzu, który uwielbiam. Lilac Blossoms to typowy kwiatowy zapach, który z pewnością przypadnie do gustu kobietom. Jest delikatny, nienachalny, romantyczny i subtelny. Śmiało mogę go zaliczyć do wosków tych na co dzień, które nie spowodują bólu głowy i nie przytłoczą nas swoją intensywnością. Połączenie aromatu bzu i lawendy okazało się bardzo udane, ponieważ te dwa zapachy fajnie się ze sobą komponują i nawzajem uzupełniają. Osobiście raczej nie przepadam za zapachem lawendy, jednak takie wydanie jest dla mnie bardzo przyjemne. Dzięki woskowi Lilac Blossoms możemy nadać swoim pomieszczeniom wiosennej atmosfery. Dla wielbicieli kwiatowych zapachów będzie jak znalazł :)

 

 

Ten, jak i pozostałe woski recenzowane na moim blogu, pochodzą ze sklepu Goodies

 

wtorek, 28 czerwca 2016

Pianka do mycia twarzy z arcydzięgla Organic Therapy...

Witajcie!


Dzisiaj mam dla Was recenzję kosmetyku, który od kilku tygodni towarzyszy mi w codziennej pielęgnacji twarzy. To także pierwszy kosmetyk, który znalazł się wśród moich kosmetycznych zakupów w sklepie TRINY.pl, o których pisałam tutaj. Mowa o Piance do mycia twarzy z arcydzięgla Organic Therapy

 

 

Pianka znajduje się w typowym dla tego typu kosmetyków opakowaniu o pojemności 150 ml. Pompka działa bez zarzutu: nic się nie zacina, nic samoistnie nie wylatuje. Dozujemy taką ilość kosmetyku, na jaką mamy ochotę. Mi do umycia całej twarzy w zupełności wystarcza taka jedna pompka. Zapach pianki jest świetny. Pachnie niczym łąka pełna polnych kwiatów. W żadnym wypadku nie jest to zapach sztuczny czy chemiczny. Wręcz przeciwnie. Zapach jest bardzo naturalny, lekki i orzeźwiający. Bardzo przypadł mi do gustu. Pianki używam podczas porannego oczyszczania twarzy i sprawdza się w tym wyśmienicie. Pomimo swojej lekkości i delikatności bardzo dobrze oczyszcza skórę z nadmiaru sebum i innych zanieczyszczeń. Sprawia, że skóra jest porządnie oczyszczona, ale nie jest przy tym podrażniona, przesuszona czy niemiło napięta. 



Po zastosowaniu pianki skóra twarzy jest oczyszczona, miękka, nawilżona i delikatna. W jej składzie znajdziemy ekstrakt z arcydzięgla, który ma właściwości przeciwzapalne, regenerujące i odżywcze. Ponad to w piance znajduje się olej z wiesiołka, ekstrakt z magnolii i lilii. Pianka została pozbawiona parabenów, silikonów, glikoli, sztucznych barwników i ftalanów. Jak dla mnie skład jest bardzo dobry, co może także potwierdzić moja cera, ponieważ bardzo polubiła codzienne mycie przy użyciu tej pianki. Jej stan poprawił się, a dzięki użyciu jeszcze kilku innych nowych i skutecznych kosmetyków, moja cera uległa znacznej poprawie. Ale o tym innym razem ;-) Podsumowując Pianka do mycia twarzy z arcydzięglem Organic Therapy według mnie zasługuje na mocną 5. Spokojnie mogą po nią sięgnąć zarówno osoby z delikatną i wrażliwą cerą, jak i takie osoby jak ja: posiadające cerę mieszaną i tłustą ze skłonnością do powstawania niedoskonałości. To moje pierwsze zetknięcie z tą marką kosmetyczną, ale myślę, że nie ostatnie. Piankę możecie kupić w sklepie TRINY.pl, gdzie obecnie jej cena w promocji wynosi ok. 15 zł.


Skład pianki: Organic Angelica Archangelica Extract (organic angelica extract), Organic Oenothera Bieniss Oil (organic evening primrose oil), Magnolia Acuminata Bark Eztract (magnolia extract), Lilium Candidum Flower extract (extract of lilies); Cocamidopropyl Betain, Glycerin, Decyl Glucoside, Coco-Glucoside , Glyceryl Oleate, Parfum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid.

 

środa, 15 czerwca 2016

Majowy projekt denko...

Witajcie!


Przez moją nieobecność ominęło mnie kilka projektów denko, jednak przeglądając foldery ze zdjęciami znalazłam kosmetyczne zużycia z kwietnia i maja. Postanowiłam więc je Wam pokazać, aby się nie zmarnowały ;-)





Na powyższym zdjęciu są spóźnione zużycia kosmetyczne z kwietnia. Nie będę ich wszystkich po kolei opisywała, bo nie było w nich kosmetyków, które zrobiły na mnie jakieś wielkie wrażenie. W kwietniu zużyłam 3 żele pod prysznic, mydło w płynie, tonik i 2 żele do twarzy, maseczkę, perfumy, zmywacz i lakier do paznokci, suchy szampon do włosów, płatki kosmetyczne. Oprócz tych kosmetyków zużyłam także podkład Amilie i krem do rąk Kamill oraz żel do mycia twarzy Himalaya, które stały się moimi ulubieńcami i na pewno jeszcze po nie sięgnę.

 

 

Z kolei w maju zużyłam już trochę mniej kosmetyków, ale wśród nich znalazło się więcej moich kosmetycznych ulubieńców. Na pewno na pozytywy zasługuje rosyjski szampon do włosów, niemieckie żele pod prysznic Balea i polski żel do mycia twarzy Fitomed.

 * Szampon do włosów Bania Agafii - nie pamiętam dokładnie z czym on był, ale znając mnie to na pewno był przeciw wypadaniu włosów lub przeciw przetłuszczaniu się ich. Był wydajny, dobrze się pienił i nie przetłuszczał włosów. Na pewno kiedyś sięgnę po szampony tej marki.

* Suchy szampon do włosów Batiste - tym razem skusiłam się na wersję Floral Essence. Zapach był bardzo ładny, kwiatowy, jednak z działaniem już gorzej. Szczerze mówiąc nie rozumiem takich zachwytów nad suchymi szamponami tej marki, bo u mnie nie sprawdzają się rewelacyjnie. Mimo to, co jakiś czas kuszę się na nie, ale chyba ze względu na ich fajne zapachy ;-)

* Suchy szampon do włosów Isana - ten szampon jest moim faworytem wśród tego typu gadżetów kosmetycznych. W moim przypadku lepiej radzi sobie z odświeżeniem włosów. Jedyny minus to taki, że nie pachnie tak jak szampony Batiste ;-)

* Żele Balea: Melone i Hawaii Pineapple - nie raz wspominałam, że uwielbiam te żele ze względu na ich świetne soczyste zapachy. W tym przypadku zdania nie zmieniłam jednak od jakiegoś czasu trochę przesuszają mi skórę. Nie jest to jakieś tragiczne uczucie, ale w mojej obecnej sytuacji dość nieprzyjemne. 

* Żel do mycia twarzy do skóry suchej i wrażliwej Fitomed - do tej pory miałam okazje używać kilku kosmetyków tej marki i za każdym razem byłam z nich bardzo zadowolona. Tak było i w tym przypadku. Pomimo tego, że nie mam cery suchej to żel bardzo dobrze się u mnie spisywał. Był wydajny, ale przede wszystkim bardzo dobrze oczyszczał skórę, nie powodując uczucia jej ściągnięcia. No i jeszcze ten porządny skład :)

* Mydło w płynie Isana - fajny orzeźwiający morski zapach.

* Nawilżający żel micelarny do mycia twarzy BeBeauty - to mój kosmetyczny hit z Biedronki. Tani jak barszcz, ale za to bardzo dobrze oczyszcza twarz, a jego skład możecie porównać do żelu z Tołpy ;-)

* Olejek z drzewa herbacianego - bardzo dobry na niedoskonałości na skórze, wypryski i inne nieprzyjemne wydarzenia na naszej twarzy.

* Perfumetka Calvin Klein.

* Płatki kosmetyczne Carea.

* Zużyłam też kilka próbek, głównie kremów do twarzy Vichy, ale wszystkie wylądowały w koszu.


Jak widzicie dużo tego w maju nie było, ale trafiło się kilka porządnych kosmetyków. Większość z nich pewnie znacie więc czekam na Wasze opinie na ich temat :-)


poniedziałek, 13 czerwca 2016

Kosmetyczne zakupy w TRINY.pl

Witajcie!


Długo mnie tu nie było, ale nie będę Was zanudzała tego powodami. Po prostu tak się poukładało, że nie miałam czasu na pisanie i blogowanie. Mam jednak nadzieję, że tym razem dłużej tu pobędę. Ostatnie miesiące przyniosły w moim i mojego Mężusia dużo zmian, ponieważ jak już wiecie wprowadziliśmy się do wymarzonego domu. Zostało nam jeszcze trochę do wykończenia, ale jesteśmy już bliżej niż dalej. Kolejna wspaniała wiadomość zaskoczyła nas, ale bardzo uszczęśliwiła, ponieważ po raz pierwszy powiększy się nasza rodzina :) Początek był dla mnie dość trudny, ale teraz już czuję się bardzo dobrze i mam więcej sił i energii, ale o tym napiszę innym razem. Dzisiejszy post będzie o zakupach, które zrobiłam dość spontanicznie, jednak jestem z nich bardzo zadowolona. Zakupów dokonałam w sklepie TRINY.pl, który zajmuje się dystrybucją kosmetyków naturalnych z całego świata. Ostatnio postanowiłam zmienić swoją pielęgnację i przerzucić się na naturalne kosmetyki. Oczywiście nie od razu odrzuciłam dotychczas używane kosmetyki, bo mam jeszcze ich mały zapas, ale i nie ze wszystkich chcę zrezygnować. Najbardziej skupiam się teraz na pielęgnacji twarzy i nawilżaniu rosnącego brzuszka :-)

 

 

To był mój pierwszy zakup w sklepie TRINY.pl, ale myślę, że nie ostatni. Przesyłka dotarła cała i nieuszkodzona w szybkim czasie. Do mojego koszyka wpadły:

 

* Serum anti-age do twarzy dla skóry tłustej i mieszanej Planeta Organica,

* Serum do twarzy do 35 lat - zatrzymanie młodości Receptury Agafii,

* Tradycyjny syberyjski szampon przeciw wypadaniu włosów na łopianowym propolisie Receptury Babuszki Agafii,

* Pianka do mycia twarzy z arcydzięgla Organic Therapy,

* Olej krokoszowy Etja.

 

Serum Planeta Organica używam codziennie rano i wieczorem już od dwóch tygodni i póki co jestem z niego zadowolona. Podobnie jest z olejem krokoszowym i pianką do mycia twarzy. Chcecie przeczytać o którymś z tych kosmetyków dokładną recenzję?

 

 

czwartek, 10 marca 2016

Płyn do kąpieli Blue Dream Kamill...

Witajcie!

 

Dzisiaj na tapetę idzie kosmetyk, który potrafi bardzo skutecznie umilić relaks podczas kąpieli. To płyn do kąpieli Blue Dream marki Kamill. Co prawda używałam go w tamtym roku, ale właśnie znalazłam jego zagubione zdjęcia więc postanowiłam go zrecenzować, bo według mnie zasługuje on na kilka słów pochwały. 

 

 

Płyn znajduje się w dużej plastikowej butelce o pojemności 750 ml. Jest dość gęsty, ale bez problemu można wylać jego odpowiednią ilość do wody. Jest koloru takiego jak butelka, w której się znajduje. fajne jest w nim to, że barwi wodę na taki właśnie kolor, co jeszcze bardziej umila kąpiel w jego towarzystwie. Do tego przy jego użyciu możemy stworzyć mnóstwo piany więc radocha jest jeszcze większa :)

 

 

Jego zapach jest kolejnym plusem tego płynu. Ma w sobie on coś z męskich aromatów, a wiecie, że bardzo lubię takie nuty zapachowe w kosmetykach. Pachnie morsko, świeżo, bardzo przyjemnie. Zapach jest otulający i szybko wypełnia całą łazienkę. Co do oddziaływania płynu na skórę, to na szczęście nie zauważyłam, aby płyn ją przesuszał czy powodował inne nieprzyjemne dolegliwości skórne. 

Oprócz wersji Blue Dream, Kamill ma w swojej ofercie jeszcze trzy inne płyny do kąpieli. Mnie najbardziej kusi mandarynkowe Lucky Charm, za którym na pewno będę się rozglądała podczas następnych zakupów :-)

 

poniedziałek, 7 marca 2016

Tygodnik kulturalny...

Witajcie!


Jak Wam mija ten piękny poniedziałek? ;-) Bo mi średnio. Właśnie dzisiaj z samego rana weszła do nas ekipa, która ma za zadanie stworzyć nam piękną łazienkę. Jednak wiecie jak to jest, jak w domu dzieje się coś takiego. Syf, brud, kurz i w ogóle bałagan. Niestety ma to potrwać około dwóch tygodni więc muszę uzbroić się w cierpliwość. Pocieszam się jedynie efektem końcowym :) 


Oprócz mojego marudzenia mam dla Was jeszcze małą porcję poleceń kulturalnych. Mam nadzieję, że coś z nich przypadnie Wam do gustu. Pierwsze miejsce to książka "Dotrzymana obietnica" autorstwa Jill Anderson. To prawdziwa historia kobiety, której mąż od kilku lat ciężko chorował, aż w końcu postanowił ulżyć sobie i jej w cierpieniu, popełniając samobójstwo. Autorka, a zarazem główna bohaterka książki, mimo obecności podczas całego zdarzenia, nie udzieliła mu żadnej pomocy, co spowodowało jego śmiercią. Została poddana wielu przesłuchaniom, które miały na celu stwierdzenie czy zrobiła to umyślnie. Bohaterka wyjaśnia historię swojej miłości, małżeństwa, relacji z mężem i z ich rodzinami. Ta historia ma na celu skłonienie czytelnika do postawienia się w sytuacji bohaterki: pomóc ukochanej osobie przeżyć, aby mogła dalej żyć w nieustającym bólu i cierpieniu, czy pomóc jej pozbyć się tego wszystkiego. Ciężka to sprawa.

 

 

Filmem, który niedawno obejrzałam był "Marsjanin", z Mattem Damonem w roli głównej.  Przedstawia on losy kosmonauty, który po nieudanej ekspedycji zostaje sam w stacji badawczej na Marsie i za wszelką cenę usiłuje tam przeżyć w oczekiwaniu na pomoc. Film pokazuje, momentami w zabawny sposób, hart ducha, potęgę rozumu i wielką siłę woli. 

 

 

Na koniec coś nowego do posłuchania, czyli Maxine Ashley i jej "Lobster". Klimatyczny utwór i teledysk do niego również niczego sobie.

 

 

A Wy co możecie mi polecić do czytania, słuchania lub oglądania? :-)

 

piątek, 4 marca 2016

Piatki pachnące Yankee Candle: Kilimanjaro Stars...

Witajcie!


Ostatnimi czasy bardzo regularnie sięgam po woski Yankee Candle. Zazwyczaj jeden wosk towarzyszy mi przez cały okrągły tydzień. Tak też było w przypadku wosku Kilimanjaro Stars, który bardzo skutecznie umilał mi domowe popołudnia.

 

 

Wosk jest ciemnogranatowy, co zapewne ma nawiązywać do nocnego nieba.  Pochodzi z rześkiej linii zapachowej z serii Classic. Ma nawiązywać do aromatu górskiego czystego powietrza połączonego z chłodną nutą mięty i ciepłą paczulą. Nie wiem czy te aromaty można wyczuć, bo nie mam aż tak wprawnego zmysłu powonienia, jednak wiem, że zapach mnie urzekł. Na pewno czuję w nim nuty męskie, co osobiście uwielbiam we wszelkich woskach czy świecach zapachowych. Zapach wosku jest subtelny, ale i stanowczy. Czuć w nim coś egzotycznego i magicznego, co może przenieść nas w niesamowita podróż nad górskimi szczytami. Mieszanka aromatów Kilimanjaro Stars kojarzy mi się także z mnóstwem gwiazd na bezchmurnym niebie, które możemy podziwiać z bliską nam osobą. Ma w sobie coś romantycznego i tajemniczego, co bardzo mi odpowiada. To wszystko sprawia, że z chęcią będę po niego sięgała :-)

 

 

Ten, jak i pozostałe woski recenzowane na moim blogu, pochodzą ze sklepu Goodies

 

środa, 2 marca 2016

Lutowy projekt denko...

Witajcie!


Luty za nami więc pora na podsumowanie kosmetycznych zużyć tego miesiąca. W sumie w lutym nie zużyłam dużo produktów kosmetycznych. W poprzednich miesiącach było tego więcej i może wrzucę tu na dniach post o kosmetycznych pustakach z poprzednich miesięcy.



Jak widzicie na powyższym zdjęciu kosmetyki, które zużyłam w lutym należą do tych podstawowych i praktycznie codziennie się ich używa, oprócz oczywiście peelingu do twarzy i lakieru do paznokci.

 

 

* Aloesowy żel pod prysznic Kamill - bardzo przyjemny żel, który nie wysuszał mi skóry. Miał przyjemny, delikatny zapach, kremową konsystencję i dobrze się pienił.  

* Żel pod prysznic Cabana Dream Balea - świetny, żywy i egzotyczny zapach. Niestety ostatnimi czasy żele Balea sprawiają, że po kąpieli z nimi mam uczucie suchej i ściągniętej skóry. Mimo to dalej je uwielbiam i mam ich jeszcze kilka w zapasie - na szczęście ;-)

* Mleczko do ciała Isana Med - dobrze nawilżało, jednak jego chemiczny zapach zraził mnie do siebie i zużyłam je z wielką ulgą.

* Mydło w płynie Isana - to chyba jedna z lepszych limitowanych edycji tych mydeł, jakie do tej pory miałam okazję używać. Fajny waniliowy zapach, dobrze się pieni i jest wydajne.

 

 

* Żel do higieny intymnej Facelle - w ostatnim czasie sięgam tylko po żele do higieny intymnej z Facelle. Są tanie jak barszcz i łatwo dostępne. Jednak ostatnio przeżyłam szok, kiedy postanowiłam podczas kąpieli tym właśnie żelem umyć sobie twarz. Po minucie od nałożenia skóra na twarzy zaczęła mnie strasznie piec i zaraz musiałam go spłukać. Kiedy po kąpieli  spojrzałam w lustro twarz była czerwona jak burak. Nie wiem czemu tak się stało, ale już więcej tego nie powtórzę ;-) Ciekawe jest też to, że podczas mycia nim miejsc intymnych wszystko jest ok :)

* Lakier do paznokci Lemax - towarzyszył mi przez długi czas jednak niestety dobił już dna więc wylądował w śmietniku.

* Antyperspirant Fitness Isana - szału nie zrobił więc raczej nie wrócę do niego.

* Mini krem pielęgnacyjny Johnson's Baby - towarzyszył mi poza domem jako krem do rąk i w tym przypadku spisywał się zadowalająco.

* Perfumetka Endless Euphoria CK - bardzo ładny kobiecy zapach. Lekki, kwiatowy, subtelny. Idealny na wiosnę.

* Wazelina - stosowałam ją do nawilżania skóry stóp.

 

 

* Korektor rozświetlający Wibo Deluxe Brightener - w ogóle nie przypadł mi do gustu i nie rozumiem zachwytów nad nim. Jego aplikacja to porażka, ponieważ po przekręceniu albo nic się nie wydobywa, a jak już zacznie to o wiele za dużo niż trzeba. Do tego słabo sobie radził z kryciem cieni pod oczami więc już więcej po niego nie sięgnę.

* Maskara Dolls Lash Wibo - to jedna z moich ulubionych maskar z niższej półki. Kosztuje niewiele, a potrafi fajnie współpracować z moiomi rzęsami.

* Lekki krem-baza Celia - słabo nawilżał skórę, ale na szczęście nie przetłuszczał jej i szybko się wchłaniał kiedy nałożyłam go więcej. 

* Oczyszczający peeling do twarzy - bardzo fajny peeling do twarzy. Odsyłam Was do jego recenzji, którą kiedyś naskrobałam. 

 

To by było na tyle z  moich lutowych zużyć kosmetycznych. A jak Wam poszło w lutym?


niedziela, 28 lutego 2016

Tygodnik kulturalny...

Witajcie!


Mój powrót do blogowania jest trochę powolny, bo przez tę kilkumiesięczną przerwę, odzwyczaiłam się od regularnego publikowania postów. Przez ten czas, kiedy mnie tu nie było, miałam domowy zawrót głowy, jak ja to nazywam ;-) Pod koniec roku w końcu przeprowadziliśmy się. Jednak nie sądziłam, że przeprowadzka tak bardzo mnie pochłonie. Pakowanie, sprzątanie, ogarnianie, kupowanie sprzętu domowego, wystrój wnętrz, to wszystko spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Tym bardziej, że jestem osobą, która lubi mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, a taka z pozoru prosta rzecz, jak wybranie tkaniny do obicia narożnika zajęła mi kilka długich dni. Nie wspomnę już o wyborze sprzętu do kuchni: sztućce, garnki, zastawa stołowa, mikser i inne gadżety jakże ważne dla perfekcyjnej pani domu ;-) Przejrzałam niezliczoną ilość stron, aby podjąć dobre decyzje i nie żałować wydanych pieniędzy. Oczywiście jeszcze dużo mamy do zrobienia, ale widzimy już światełko w tunelu :) Nie mogę powiedzieć, że wybieranie tych wszystkich rzeczy do domu nie sprawia mi przyjemności. Jest to bardzo przyjemne, a szczególnie jeśli inni doceniają efekty twoich starań. Jest też druga strona medalu: sporo stresu i nerwów, czy wszystko będzie takie jak sobie zaplanujesz. W związku z tym mam w planach napisanie kilku postów dotyczących wyboru sprzętu domowego i dodatków do domu. Mam nadzieję, że ktoś na tym skorzysta, bo podczas moich poszukiwań czasami brakowało mi konkretnych i rzeczowych opinii o niektórych produktach niezbędnych w domu. To tyle na temat mojej nieobecności ;-) 


Dawno nie polecałam Wam filmów, książek i muzyki więc nadrabiam zaległości :) Film, który podbił moje serce to "Do utraty sił", w którym główną rolę zagrał Jake Gyllenhaal. Wciela się on w postać boksera, który w trakcie kłótni z rywalem traci ukochaną żonę. Załamany utratą swojej miłości, traci także córkę, która przestaje mu ufać i oddala się od niego. Powodowany chęcią jej odzyskania stara się odbić od dna i zacząć wszystko od nowa. Film ten wycisnął ze mnie niejedną łzę i polecam go z czystym sumieniem. Gyllenhaal świetnie tu zagrał i potwierdził swoje umiejętności aktorskie.




Książka, którą skończyłam czytać dosłownie kilka godzin temu, to "Miłość przychodzi z deszczem" autorstwa Mili Rudnik. To opowieść o bliźniakach, którzy zawsze byli nierozłączni i wiedzieli o sobie wszystko. Do czasu, aż decydują się na krok, który dla obu jest momentem niszczącym ich poukładane i szczęśliwe życie. Marcin jest żonaty i pragnie zostać ojcem, jednak okazuje się to niemożliwe. Marek jest wolny i zrobi dla brata wszystko, nawet coś szalonego i wstrętnego. Kłamstwo, którego się dopuszczają, a które miało przynieść szczęście jednemu z nich, niszczy ich, ale i najbliższe im osoby. Po śmierci jednego z braci i po kilku latach pozornego spokoju, wszystko na nowo odżywa, a kłamstwo staje się jeszcze cięższe. Czy jednak można się go pozbyć i żyć szczęśliwie z osobą, którą kocha się nad życie? Książka wciągnęła mnie i pochłonęła całkowicie. Napisana lekko, ale jest pełna emocji i uczuć, które biją od jej bohaterów. Pokazuje, że niektóre decyzje podjęte w imię dobra, mogą mieć tragiczne i nieodwracalne w skutkach, a raz podjęte nie mogą zostać zmienione.




Na na koniec piękny utwór "Monday", który wykonuje Matt Corby. Mogłabym go słuchać na okrągło :) Jego głos jest po prostu cudowny i dociera do każdej mojej kosteczki :-)

 

 

piątek, 26 lutego 2016

Piątki pachnące Yankee Candle: Soft Blanket...

Witajcie!

 

Dawno mnie tu nie było, prawda? Sama się sobie dziwię, że aż tyle czasu wytrzymałam bez blogowania, ale w ostatnim czasie miałam tyle spraw na głowie, że musiałam blog odstawić na bok. W końcu jednak znalazłam trochę czasu więc mam nadzieję, że uda mi się nadrobić blogowe zaległości, bo już mi brakowało pisania i przeglądania Waszych blogów. O tym co robiłam i dlaczego tak długo mnie nie było, napiszę w innym poście, a teraz zapraszam na recenzję wosku, który obecnie umila mi popołudnie. To Soft Blanket.

 

 

 

Soft Blanket pochodzi z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalnymi w nim aromatami maja być cytrusy, wanilia i bursztyn. Po pierwszym odpaleniu jego zapach od razu przypadł mi do gustu. Jest świeży, otulający, ciepły i przytulny. Wystarczy palić go przez kilkanaście minut, aby móc cieszyć się jego przyjemnym zapachem. Z pewnością przypadnie on do gustu osobom lubiącym nienachalne i nie przyprawiające o zawrót głowy aromaty. Ten na pewno do nich nie należy. Jest subtelny i trochę mi się kojarzy z małymi dziećmi. Ma w sobie też coś kobiecego. Jednak pomimo swojej delikatności dość długo utrzymuje się w pomieszczeniu. Wyobraźcie sobie mięciutki, delikatny, ciepły kocyk, pod którym moglibyście leżeć godzinami. Taki jest właśnie Soft Blanket. Myślę, że jego nazwa idealnie go odzwierciedla. Jest lekki, przytulny, otulający i chce się po niego często sięgać. Przez ostatni tydzień towarzyszył mi codziennie więc to też o czymś świadczy ;-) Spokojnie mogę go odpalić kiedy spodziewam się gości, bo wiem, że i im przypadnie do gustu. Z czystym sumieniem mogę też polecić go innym i na pewno zaliczam go do woskowych ulubieńców :)

 

 


Ten, jak i pozostałe woski Yankee Candle recenzowane na moim blogu, pochodzą ze sklepu Goodies