poniedziałek, 7 marca 2016

Tygodnik kulturalny...

Witajcie!


Jak Wam mija ten piękny poniedziałek? ;-) Bo mi średnio. Właśnie dzisiaj z samego rana weszła do nas ekipa, która ma za zadanie stworzyć nam piękną łazienkę. Jednak wiecie jak to jest, jak w domu dzieje się coś takiego. Syf, brud, kurz i w ogóle bałagan. Niestety ma to potrwać około dwóch tygodni więc muszę uzbroić się w cierpliwość. Pocieszam się jedynie efektem końcowym :) 


Oprócz mojego marudzenia mam dla Was jeszcze małą porcję poleceń kulturalnych. Mam nadzieję, że coś z nich przypadnie Wam do gustu. Pierwsze miejsce to książka "Dotrzymana obietnica" autorstwa Jill Anderson. To prawdziwa historia kobiety, której mąż od kilku lat ciężko chorował, aż w końcu postanowił ulżyć sobie i jej w cierpieniu, popełniając samobójstwo. Autorka, a zarazem główna bohaterka książki, mimo obecności podczas całego zdarzenia, nie udzieliła mu żadnej pomocy, co spowodowało jego śmiercią. Została poddana wielu przesłuchaniom, które miały na celu stwierdzenie czy zrobiła to umyślnie. Bohaterka wyjaśnia historię swojej miłości, małżeństwa, relacji z mężem i z ich rodzinami. Ta historia ma na celu skłonienie czytelnika do postawienia się w sytuacji bohaterki: pomóc ukochanej osobie przeżyć, aby mogła dalej żyć w nieustającym bólu i cierpieniu, czy pomóc jej pozbyć się tego wszystkiego. Ciężka to sprawa.

 

 

Filmem, który niedawno obejrzałam był "Marsjanin", z Mattem Damonem w roli głównej.  Przedstawia on losy kosmonauty, który po nieudanej ekspedycji zostaje sam w stacji badawczej na Marsie i za wszelką cenę usiłuje tam przeżyć w oczekiwaniu na pomoc. Film pokazuje, momentami w zabawny sposób, hart ducha, potęgę rozumu i wielką siłę woli. 

 

 

Na koniec coś nowego do posłuchania, czyli Maxine Ashley i jej "Lobster". Klimatyczny utwór i teledysk do niego również niczego sobie.

 

 

A Wy co możecie mi polecić do czytania, słuchania lub oglądania? :-)

 

piątek, 4 marca 2016

Piatki pachnące Yankee Candle: Kilimanjaro Stars...

Witajcie!


Ostatnimi czasy bardzo regularnie sięgam po woski Yankee Candle. Zazwyczaj jeden wosk towarzyszy mi przez cały okrągły tydzień. Tak też było w przypadku wosku Kilimanjaro Stars, który bardzo skutecznie umilał mi domowe popołudnia.

 

 

Wosk jest ciemnogranatowy, co zapewne ma nawiązywać do nocnego nieba.  Pochodzi z rześkiej linii zapachowej z serii Classic. Ma nawiązywać do aromatu górskiego czystego powietrza połączonego z chłodną nutą mięty i ciepłą paczulą. Nie wiem czy te aromaty można wyczuć, bo nie mam aż tak wprawnego zmysłu powonienia, jednak wiem, że zapach mnie urzekł. Na pewno czuję w nim nuty męskie, co osobiście uwielbiam we wszelkich woskach czy świecach zapachowych. Zapach wosku jest subtelny, ale i stanowczy. Czuć w nim coś egzotycznego i magicznego, co może przenieść nas w niesamowita podróż nad górskimi szczytami. Mieszanka aromatów Kilimanjaro Stars kojarzy mi się także z mnóstwem gwiazd na bezchmurnym niebie, które możemy podziwiać z bliską nam osobą. Ma w sobie coś romantycznego i tajemniczego, co bardzo mi odpowiada. To wszystko sprawia, że z chęcią będę po niego sięgała :-)

 

 

Ten, jak i pozostałe woski recenzowane na moim blogu, pochodzą ze sklepu Goodies

 

środa, 2 marca 2016

Lutowy projekt denko...

Witajcie!


Luty za nami więc pora na podsumowanie kosmetycznych zużyć tego miesiąca. W sumie w lutym nie zużyłam dużo produktów kosmetycznych. W poprzednich miesiącach było tego więcej i może wrzucę tu na dniach post o kosmetycznych pustakach z poprzednich miesięcy.



Jak widzicie na powyższym zdjęciu kosmetyki, które zużyłam w lutym należą do tych podstawowych i praktycznie codziennie się ich używa, oprócz oczywiście peelingu do twarzy i lakieru do paznokci.

 

 

* Aloesowy żel pod prysznic Kamill - bardzo przyjemny żel, który nie wysuszał mi skóry. Miał przyjemny, delikatny zapach, kremową konsystencję i dobrze się pienił.  

* Żel pod prysznic Cabana Dream Balea - świetny, żywy i egzotyczny zapach. Niestety ostatnimi czasy żele Balea sprawiają, że po kąpieli z nimi mam uczucie suchej i ściągniętej skóry. Mimo to dalej je uwielbiam i mam ich jeszcze kilka w zapasie - na szczęście ;-)

* Mleczko do ciała Isana Med - dobrze nawilżało, jednak jego chemiczny zapach zraził mnie do siebie i zużyłam je z wielką ulgą.

* Mydło w płynie Isana - to chyba jedna z lepszych limitowanych edycji tych mydeł, jakie do tej pory miałam okazję używać. Fajny waniliowy zapach, dobrze się pieni i jest wydajne.

 

 

* Żel do higieny intymnej Facelle - w ostatnim czasie sięgam tylko po żele do higieny intymnej z Facelle. Są tanie jak barszcz i łatwo dostępne. Jednak ostatnio przeżyłam szok, kiedy postanowiłam podczas kąpieli tym właśnie żelem umyć sobie twarz. Po minucie od nałożenia skóra na twarzy zaczęła mnie strasznie piec i zaraz musiałam go spłukać. Kiedy po kąpieli  spojrzałam w lustro twarz była czerwona jak burak. Nie wiem czemu tak się stało, ale już więcej tego nie powtórzę ;-) Ciekawe jest też to, że podczas mycia nim miejsc intymnych wszystko jest ok :)

* Lakier do paznokci Lemax - towarzyszył mi przez długi czas jednak niestety dobił już dna więc wylądował w śmietniku.

* Antyperspirant Fitness Isana - szału nie zrobił więc raczej nie wrócę do niego.

* Mini krem pielęgnacyjny Johnson's Baby - towarzyszył mi poza domem jako krem do rąk i w tym przypadku spisywał się zadowalająco.

* Perfumetka Endless Euphoria CK - bardzo ładny kobiecy zapach. Lekki, kwiatowy, subtelny. Idealny na wiosnę.

* Wazelina - stosowałam ją do nawilżania skóry stóp.

 

 

* Korektor rozświetlający Wibo Deluxe Brightener - w ogóle nie przypadł mi do gustu i nie rozumiem zachwytów nad nim. Jego aplikacja to porażka, ponieważ po przekręceniu albo nic się nie wydobywa, a jak już zacznie to o wiele za dużo niż trzeba. Do tego słabo sobie radził z kryciem cieni pod oczami więc już więcej po niego nie sięgnę.

* Maskara Dolls Lash Wibo - to jedna z moich ulubionych maskar z niższej półki. Kosztuje niewiele, a potrafi fajnie współpracować z moiomi rzęsami.

* Lekki krem-baza Celia - słabo nawilżał skórę, ale na szczęście nie przetłuszczał jej i szybko się wchłaniał kiedy nałożyłam go więcej. 

* Oczyszczający peeling do twarzy - bardzo fajny peeling do twarzy. Odsyłam Was do jego recenzji, którą kiedyś naskrobałam. 

 

To by było na tyle z  moich lutowych zużyć kosmetycznych. A jak Wam poszło w lutym?


niedziela, 28 lutego 2016

Tygodnik kulturalny...

Witajcie!


Mój powrót do blogowania jest trochę powolny, bo przez tę kilkumiesięczną przerwę, odzwyczaiłam się od regularnego publikowania postów. Przez ten czas, kiedy mnie tu nie było, miałam domowy zawrót głowy, jak ja to nazywam ;-) Pod koniec roku w końcu przeprowadziliśmy się. Jednak nie sądziłam, że przeprowadzka tak bardzo mnie pochłonie. Pakowanie, sprzątanie, ogarnianie, kupowanie sprzętu domowego, wystrój wnętrz, to wszystko spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Tym bardziej, że jestem osobą, która lubi mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, a taka z pozoru prosta rzecz, jak wybranie tkaniny do obicia narożnika zajęła mi kilka długich dni. Nie wspomnę już o wyborze sprzętu do kuchni: sztućce, garnki, zastawa stołowa, mikser i inne gadżety jakże ważne dla perfekcyjnej pani domu ;-) Przejrzałam niezliczoną ilość stron, aby podjąć dobre decyzje i nie żałować wydanych pieniędzy. Oczywiście jeszcze dużo mamy do zrobienia, ale widzimy już światełko w tunelu :) Nie mogę powiedzieć, że wybieranie tych wszystkich rzeczy do domu nie sprawia mi przyjemności. Jest to bardzo przyjemne, a szczególnie jeśli inni doceniają efekty twoich starań. Jest też druga strona medalu: sporo stresu i nerwów, czy wszystko będzie takie jak sobie zaplanujesz. W związku z tym mam w planach napisanie kilku postów dotyczących wyboru sprzętu domowego i dodatków do domu. Mam nadzieję, że ktoś na tym skorzysta, bo podczas moich poszukiwań czasami brakowało mi konkretnych i rzeczowych opinii o niektórych produktach niezbędnych w domu. To tyle na temat mojej nieobecności ;-) 


Dawno nie polecałam Wam filmów, książek i muzyki więc nadrabiam zaległości :) Film, który podbił moje serce to "Do utraty sił", w którym główną rolę zagrał Jake Gyllenhaal. Wciela się on w postać boksera, który w trakcie kłótni z rywalem traci ukochaną żonę. Załamany utratą swojej miłości, traci także córkę, która przestaje mu ufać i oddala się od niego. Powodowany chęcią jej odzyskania stara się odbić od dna i zacząć wszystko od nowa. Film ten wycisnął ze mnie niejedną łzę i polecam go z czystym sumieniem. Gyllenhaal świetnie tu zagrał i potwierdził swoje umiejętności aktorskie.




Książka, którą skończyłam czytać dosłownie kilka godzin temu, to "Miłość przychodzi z deszczem" autorstwa Mili Rudnik. To opowieść o bliźniakach, którzy zawsze byli nierozłączni i wiedzieli o sobie wszystko. Do czasu, aż decydują się na krok, który dla obu jest momentem niszczącym ich poukładane i szczęśliwe życie. Marcin jest żonaty i pragnie zostać ojcem, jednak okazuje się to niemożliwe. Marek jest wolny i zrobi dla brata wszystko, nawet coś szalonego i wstrętnego. Kłamstwo, którego się dopuszczają, a które miało przynieść szczęście jednemu z nich, niszczy ich, ale i najbliższe im osoby. Po śmierci jednego z braci i po kilku latach pozornego spokoju, wszystko na nowo odżywa, a kłamstwo staje się jeszcze cięższe. Czy jednak można się go pozbyć i żyć szczęśliwie z osobą, którą kocha się nad życie? Książka wciągnęła mnie i pochłonęła całkowicie. Napisana lekko, ale jest pełna emocji i uczuć, które biją od jej bohaterów. Pokazuje, że niektóre decyzje podjęte w imię dobra, mogą mieć tragiczne i nieodwracalne w skutkach, a raz podjęte nie mogą zostać zmienione.




Na na koniec piękny utwór "Monday", który wykonuje Matt Corby. Mogłabym go słuchać na okrągło :) Jego głos jest po prostu cudowny i dociera do każdej mojej kosteczki :-)

 

 

piątek, 26 lutego 2016

Piątki pachnące Yankee Candle: Soft Blanket...

Witajcie!

 

Dawno mnie tu nie było, prawda? Sama się sobie dziwię, że aż tyle czasu wytrzymałam bez blogowania, ale w ostatnim czasie miałam tyle spraw na głowie, że musiałam blog odstawić na bok. W końcu jednak znalazłam trochę czasu więc mam nadzieję, że uda mi się nadrobić blogowe zaległości, bo już mi brakowało pisania i przeglądania Waszych blogów. O tym co robiłam i dlaczego tak długo mnie nie było, napiszę w innym poście, a teraz zapraszam na recenzję wosku, który obecnie umila mi popołudnie. To Soft Blanket.

 

 

 

Soft Blanket pochodzi z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalnymi w nim aromatami maja być cytrusy, wanilia i bursztyn. Po pierwszym odpaleniu jego zapach od razu przypadł mi do gustu. Jest świeży, otulający, ciepły i przytulny. Wystarczy palić go przez kilkanaście minut, aby móc cieszyć się jego przyjemnym zapachem. Z pewnością przypadnie on do gustu osobom lubiącym nienachalne i nie przyprawiające o zawrót głowy aromaty. Ten na pewno do nich nie należy. Jest subtelny i trochę mi się kojarzy z małymi dziećmi. Ma w sobie też coś kobiecego. Jednak pomimo swojej delikatności dość długo utrzymuje się w pomieszczeniu. Wyobraźcie sobie mięciutki, delikatny, ciepły kocyk, pod którym moglibyście leżeć godzinami. Taki jest właśnie Soft Blanket. Myślę, że jego nazwa idealnie go odzwierciedla. Jest lekki, przytulny, otulający i chce się po niego często sięgać. Przez ostatni tydzień towarzyszył mi codziennie więc to też o czymś świadczy ;-) Spokojnie mogę go odpalić kiedy spodziewam się gości, bo wiem, że i im przypadnie do gustu. Z czystym sumieniem mogę też polecić go innym i na pewno zaliczam go do woskowych ulubieńców :)

 

 


Ten, jak i pozostałe woski Yankee Candle recenzowane na moim blogu, pochodzą ze sklepu Goodies