sobota, 30 sierpnia 2014

Różowy róż na paznokciach, czyli żegnajcie wakacje...

Sierpień dobiega końca, pora więc pożegnać się z wakacjami. Postanowiłam więc wrzucić na pazury kolor, który najbardziej kojarzy mi się z tymi wakacjami. Padło na róż, bo ten kolor najczęściej ostatnio u mnie gościł na paznokciach. Nie chciałam zbytnio mieszać w tym mani, dlatego dołożyłam tylko dwa top coaty, żeby coś tam troszkę się mieniło ;-)


Lakiery, których użyłam to:
* jako baza odżywka Pro Care Manhattan,
* różowy Lotus Effect Manhattan nr 51K,
* na palcu wskazującym Holo Top Coat B. a star Colour Alike,
* na palcu serdecznym top coat My Secret nr 104.


Jak widzicie róż jest intensywny, ale nie razi w oczy. Bardzo ładnie prezentuje się na paznokciach solo, jak i w połączeniu z innymi lakierami. Na paznokciach utrzymuje się kilka dni bez większych uszczerbków. Zmywa się go bez problemu i nie odbarwia płytki paznokci.


Oficjalnie żegnam się z wakacjami, chociaż mam nadzieję, że pogoda jeszcze przez jakiś czas pozostanie wakacyjna. Trzeba będzie niedługo zrobić porządki w lakierach i posprawdzać, które nadadzą się na jesienne klimaty ;-)

Lubicie takie kolory na paznokciach?

Pozdrawiam Kasiaaa :-)

wtorek, 26 sierpnia 2014

Arbuzowy peeling do ciała Bielenda, czyli mały masaż dla ciała...

Jak dla mnie, najlepszą porą na używanie peelingów do ciała jest lato, ponieważ wtedy odkrywamy najwięcej ciała i chcemy, aby wyglądało ono jak najlepiej. Zimą także stosuję peelingi do ciała, ale już nie tak często, jak cieplejszą porą roku. Mimo to lubię sięgać po tego typu produktu i wymagam od nich dobrego zdzierania i przyjemnego zapachu. W przypadku Arbuzowego peelingu do ciała Bielendy, zapach na pewno mnie zadowala. A jak jest z jego działaniem?


Peeling zamknięty jest w plastikowym słoiczku, z którego bez problemu wydobędziemy odpowiednią ilość kosmetyku. Peeling ma fajny, intensywny kolor. Jak już wcześniej wspomniałam, zapach tego peelingu przypadł mi do gustu, ponieważ jest owocowy, słodki i po użyciu czuć go w łazience. Niestety zapach ten nie utrzymuje się na skórze.


Ten peeling jest peelingiem cukrowym więc podczas używania kryształki roztapiają się nam. Dzięki temu nie musimy się martwić o drobinki pozostające w wannie czy pod prysznicem. Co do działania, to ja określiłabym ten peeling, jako kosmetyczny masaż do ciała. Ostrość kryształków nie jest zbyt mocna więc trzeba trochę potrzeć nim skórę, aby uzyskać zadowalający nas efekt. To taki peeling dla wrażliwców.


Pomimo parafiny w składzie, która niektórym przeszkadza w tego typu kosmetykach, mi ona nie wadzi. Po zastosowaniu tego peelingu skóra jest gładsza i przyjemna w dotyku. Na skórze wyczuwa się delikatną, ochronną warstwę, jednak nie jest ona tłusta. Dzięki tej ochronnej warstwie nie musimy od razu sięgać po mazidła do ciała, bo skóra nie jest podrażniona i wysuszona.


Ogólnie peeling nawet przypadł mi do gustu, chociaż efektu wow po, nie zauważymy, ale też nie spodziewałam się po nim szału. To taki kąpielowy przyjemniaczek, który może fajnie umilić nam chwile relaksu. 

Pozdrawiam Kasiaaa :-)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Tygodnik kulturalny...

Ostatnio nawet brakuje mi czasu w weekendy, dlatego tygodnik kulturalny zamieszczam z jednodniowym opóźnieniem. Dzisiaj mam dla Was kilka poleceń kulturalnych, które mam nadzieję, przypadną Wam do gustu ;-)

Muzyka, która od jakiegoś czasu codziennie u mnie gości to O.S.T.R feat. Cadillac Dale, Dj Haem "Rise of the sun". Ostrego uwielbiam i słucham go od wielu lat więc kto lubi polską klasykę, temu się spodoba ;)


Książka, którą obecnie czytam, to "Gdzie sobota jest niedzielą". To historia niemieckiego studenta, który wyjeżdża do konserwatywnego i pełnego religijnych sprzeczności kraju, aby tam się kształcić. Jak potoczy się zderzenie syna niemieckiego pastora z krajem targanym przez religijne waśnie? Wbrew pozorom to lekkostrawna i zabawna opowieść.


Lubicie Justina? Timberlaka oczywiście ;-) Jeśli tak, to nawiązując do jego gry aktorskiej, polecam obejrzeć film "Ślepy traf", w którym gra studenta zarabiającego na grze w wirtualnego pokera. Film pokazuje, jak łatwo i szybko można zatracić się w hazardzie, skąd już niedaleka droga do trafienia za kratki.


Zdjęć z minionego tygodnia niestety nie posiadam, ale obiecuję poprawę ;-)

Pozdrawiam Kasiaa :-)

piątek, 22 sierpnia 2014

Piątki pachnące Yankee Candle: Pineapple Cilantro...

Witajcie!

Dawno nie było recenzji wosków Yankee Candle więc pora nadrobić zaległości. Dzisiaj idzie na tapetę zapach, w którym pokładałam spore nadzieje i liczyłam na to, że stanie się on jednym z moich ulubionych wosków. Jaki okazał się naprawdę wosk Pineapple Cilantro?


Oto co pisze o nim producent:

"Ananasowy, mocno zamrożony i w pełni naturalny sorbet zaserwowany z listkiem aromatycznej kolendry – to przepis na letni koktajl idealny. To także receptura sprawdzająca się podczas domowych sesji aromaterapeutycznych! Wosk Pineapple Cilantro tworzy niekonwencjonalny miszmasz i swoim zapachem – wyczuwalnym w chwilę po podgrzaniu – kreuje atmosferę cudownych wakacji przeżywanych na tropikalnej wyspie. Gorące słońce, czysta plaża, lazurowa woda, świeża, pachnąca solą bryza i... zimny, ananasowy sorbet z dodatkiem kolendry! Marzenia o raju zamieniają się w prawdę, a rzeczywistość zaczyna pachnieć egzotyką!"


Na ten wosk skusiłam się czytając pozytywne opinie na jego temat. Liczyłam na to, że zapach będzie odzwierciedleniem zapachu soczystego ananasa z lekką nutka kolendry. Wąchając wosk po rozpakowaniu z folii nie wyczuwałam tego pysznego aromatu, ale pomyślałam, że pewnie jak go odpalę, to poczuję. Po odpaleniu wosku z niecierpliwością czekałam na przyjemną woń ananasa, czekałam i czekałam. Po jakimś czasie musiałam sprawdzić czy czasami tealight nie zgasł pod kominkiem, bo zapachu nadal nie czułam. Co prawda w powietrzu zaczął unosić się delikatny aromat, ale nie był podobny do zapachu ananasa i był on ciężki do określenia i naprawdę bardzo delikatny.


Niestety ja nie wyczułam w tym wosku nic z opisu producenta. Robiłam kilka podejść do niego i za każdym razem jest to samo. Nie wiem czy to jest coś nie tak z moim zmysłem węchu czy z tym woskiem, skoro jest tak zachwalany. Spróbuję jeszcze podgrzać większy kawałek tego wosku, ale nie wiem czy coś to zdziała. Szkoda, bo to pierwszy wosk YC, który tak mnie rozczarował. No, ale na szczęście jest wiele innych zapachów wosków, które są piękne i intensywne i poprawiają mi humor. Ten, jak i pozostałe woski Yankee Candle recenzowane na moim blogu, pochodzą ze sklepu Goodies.


Jakie są Wasze doświadczenia z tym woskiem?

Pozdrawiam Kasiaaa :-)

środa, 20 sierpnia 2014

Emulsja micelarna do mycia twarzy MediSoft Anida...

Witajcie!

Oczyszczanie twarzy stanowi nieodłączny element mojej codziennej pielęgnacji twarzy. Bez oczyszczenia twarzy nie wyjdę z domu, ale też nie położę się spać bez tego. Niestety mam kapryśną cerę, na którą źle wpływają ciężkie makijaże, klimatyzacja, ale i zmęczenie. Używałam już wielu kosmetyków do oczyszczania twarzy i chyba do tej pory nie znalazłam idealnego produktu. Czasami trafiam na kosmetyk godny polecenia i myślę, że tak jest i tym razem. Przedstawiam Wam Emulsję micelarną do mycia twarzy MediSoft od Anidy.


To chyba moja pierwsza emulsja micelarna do mycia twarzy. Kupiłam ją w aptece Dbam o zdrowie, gdzie obecnie kosztuje 8,79 zł za 300 ml. Myślę, że cena nie jest w ogóle wygórowana biorąc pod uwagę jej dość dobrą wydajność. Przy codziennym jej używaniu 2 razy dziennie, przez miesiąc zużyłam niecałe pół butelki. Do umycia całej twarzy i szyi wystarczą dwie pompki kosmetyku.


Jej konsystencja jest zbliżona do Dermoprotektora z Cetaphila. Jest kremowo - żelowa i bezzapachowa. Emulsja jest bardzo delikatna, nie podrażnia, nie wysusza, ale dobrze radzi sobie z usuwaniem zanieczyszczeń ze skóry. Wydaje mi się, że nawet trochę nawilża skórę, ale nie zapycha jej, co dla mnie jest bardzo ważne. Z tego powodu na pewno przypadnie do gustu osobom z cerą wrażliwą i suchą. 


Próbowałam stosować tę emulsję także do usuwania makijażu oka. W moim przypadku jest to jedynie tusz do rzęs ;-) i tu radzi sobie nie najlepiej. Musiałam bardziej przykładać się do usuwania resztek tuszu z rzęs, bo emulsja rozpuszczała go opornie. Ale do usuwania makijażu oka używam czego innego więc jest ok. W kwestii oczyszczania twarzy nie mam jej nic do zarzucenia. Jak widzicie opakowanie emulsji jest bardzo poręczne, bo zawiera higieniczną pompkę. Jej minusem jest tylko słaba dostępność, bo dostaniemy ją chyba tylko w aptekach i to pewnie nie we wszystkich. To było moje pierwsze zetknięcie z marką Anida. Mam jeszcze popularny krem do rąk z Anidy, ale póki co czeka na swoją kolej ;-)

Miałyście okazję używać tego kosmetyku?

Pozdrawiam Kasiaaa :-)