niedziela, 2 marca 2014

Kulturalna niedziela...

Witajcie!
Czy u Was tez wiosna puka do drzwi? Bo u mnie tak i bardzo mi się to podoba :-) Pogoda pozytywnie nastraja do działania więc mam nadzieję, że już zima na dobre od Nas odeszła. Jak co tydzień mam dla Was kilka poleceń kulturalnych, które w ostatnim czasie przypadły mi do gustu. Oto one...

Na pierwszy ogień i to dosłownie idzie utwór Beyonce "Partition". Piosenka bardzo przypadła mi do gustu, a teledysk sam w sobie jest bardzo seksowny, kobiecy i pełen ognia. Ten utwór, jak i niektóre inne z jej najnowszej płyty, różnią się trochę od jej dotychczasowej twórczości, ale mi bardzo się one podobają i możliwe, że i Wam przypadną do gustu.


Książka, którą mogę Wam polecić to "Opowieści młodych mężatek" Adele Parks. Jest lekka, przyjemna i dobra do rozluźnienia. Zawiera wiele życiowych kwestii, które i ja zaobserwowałam w niektórych związkach. I nie sugerujcie się tragiczną okładką, którą uważam do tej pory za najgorszą z możliwych ;-)


Film, który polecam to "Slumdog. Milioner z ulicy". Niedawno leciał w tv i tak sobie o nim przypomniałam. To opowieść o młodym chłopaku z Indii, który wygrywa główną nagrodę w teleturnieju "Milionerzy". To też opowieść młodego chłopaka o jego dzieciństwie, przemocy i miłości jego życia.


I coś do śmiechu. Ta dziewczynka mnie rozbroiła ;-)


Pozdrawiam Kasiaaa :-)

piątek, 28 lutego 2014

Piątki pachnące Yankee Candle "Christmas Eve"...

Nie jestem osobą, która ślepo podąża za każdą nowością. Mam swój styl i swoje zdanie i czasami w ogóle nie rozumiem zachwytów innych nad jakąś rzeczą. O woskach Yankee Candle czytałam wiele od dłuższego czasu i zupełnie nie rozumiałam zachwytów nad tymi małymi woskowymi tartami. No bo jak takie niepozorne maleństwo może okazać się ciekawe i przydatne? Prawie na każdym blogu widziałam ich zdjęcia, opisy i pozytywne opinie na ich temat. Dziewczyny rozwodziły się nad ich pięknymi i kuszącymi zapachami, jawnie deklarując uzależnienie od nich. Pomyślałam sobie: ok, nie popadajmy w paranoję. Przecież Tobie nie muszą się one spodobać i możesz z nich nie być zadowolona. Ale skoro większość blogerek za nimi przepada, to czemu i Ty nie możesz się na nie skusić? No i skusiłam się na nie podczas Dnia Darmowej Dostawy, organizowanego na początku grudnia. W sklepie Goodies zamówiłam 8 sztuk, bo ciężko było mi się zdecydować na mniej zapachów. Woski szybko do mnie dotarły i co się okazało?


Jak to co? Przepadłam! ;-) W końcu zrozumiałam, dlaczego dziewczyny tak uwielbiają te woski. Polubiłam je od pierwszego użycia i kupiłam już kolejne i mam w planach zakup następnych :) Mimo tego, że nie przetestowałam jeszcze wszystkich egzemplarzy, które posiadam, te które używałam, bardzo przypadły mi do gustu. Mam nadzieję, że z resztą będzie podobnie. Z racji tego, że pierwsze zamówienie wosków YC składałam w okresie przedświątecznym skusiłam się na dwa zapachy w tym klimacie i jeden z nich poszedł na pierwszy ogień. Był to wosk Christmas Eve czyli Wigilia Bożego Narodzenia.


Mimo, że święta mamy dawno za pasem, postanowiłam bliżej zapoznać Was z tym zapachem. Myślę, że warto sięgać po świąteczne zapachy w ciągu całego roku, a nie tylko od święta. Oto co producent pisze o tym zapachu:

"W oczekiwaniu na pojawienie się na niebie „tej” pierwszej gwiazdy – dobrze jest potrenować cierpliwość i wprowadzać się stopniowo w świąteczny nastrój. Jak to zrobić? Wystarczy zasiąść wygodnie w fotelu, otulić się ciepłym pledem, zaparzyć herbatę i rozgrzać wosk Christmas Eve. Wigilijna tarteletka od Yankee Candle to miszmasz słodkich śliwek i owoców kandyzowanych. Całość pachnie i smakuje jak najwytrawniejszy, grudniowy keks i pozwala na to, aby delektować się świąteczną atmosferą przez 365 dni w roku. Bo wosk Christmas Eve to hołd dla bożonarodzeniowej atmosfery i esencja wigilijnego oczekiwania na pierwszą gwiazdkę."


Zapach wosku przypadł mi od pierwszego użycia. Należy do słodkich zapachów, ale nie jest on przesłodzony. Ma w sobie nutkę czegoś, co eliminuje zbyt dużą słodycz i nadaje woskowi wyrazistości. Ciężko mi określić co to dokładnie jest, ale mi to się bardzo podoba. Zapach jest intensywny, ale nie jest ciężki i nie spowoduje bólu głowy. Wyczuwam w nim nutę owoców i czegoś chłodnego, co mi kojarzy się ze śniegiem i zimowa porą. Mimo, że jest to świąteczny zapach, fajnie pali się go także teraz.


Do palenia wosków wystarczy ułamać mały kawałeczek, aby cieszyć się wyrazistym aromatem przez długi czas. Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć, że wystarczy naprawdę niewielka ilość wosku, dzięki czemu każdy wosk jest bardzo wydajny. Ja od grudnia nie zdołałam zużyć jeszcze ani jednego wosku w całości. Każdy kawałeczek wosku palę ok. trzech razy w zależności od intensywności danego zapachu. Przeważnie każdy wosk palę ok. 30 minut i po tym czasie gaszę tealighta pod kominkiem. Kiedy wosk całkiem traci zapach podgrzewam go i roztopiony wosk wycieram chusteczką. Nie bawię się w zdrapywanie na zimno wosku, bo na ciepło bez problemu wyczyścimy kominek.


Niedawno kupiłam sobie nowy kominek i teraz w nim palę swoje woski YC. Szczerze mówiąc to nie spodziewałam się, że te woski przypadną mi do gustu. Niby są niepozorne, ale kiedy je zobaczyłam, stwierdziłam, że wyglądają uroczo. Każdy jest w innym kolorze, co jeszcze bardziej mi się w nich podoba. W sumie dostępnych jest ponad 50 wersji zapachowych wosków, co czyni ich bardzo uniwersalnymi. Dzięki dużemu wyborowi, każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Są zapachy typowo kwiatowe, inne są bardzo słodkie, a inne bardziej delikatne i lekkie. Po prostu do wyboru, do koloru ;-) Spodziewajcie się więc teraz regularnych recenzji poszczególnych zapachów wosków YC.

Ten i inne woski znajdziecie w sklepie on-line Goodies.


Wy także pokochałyście woski Yankee Candle? Jakie zapachy polecacie?

Pozdrawiam Kasiaaa :-)

czwartek, 27 lutego 2014

Woda brzozowa Isana...

Sezon zimowy i odstawienie hormonów poskutkowało u mnie sporym osłabieniem i wypadaniem włosów. Olejowanie włosów raczej nie jest dla mnie więc szukałam jakiegoś innego zamiennika do wcierania we włosy. Czytałam wiele o różnych wcierkach, jednak najpierw chciałam przetestować coś łatwo i ogólnodostępnego. Sięgnęłam więc po Wodę brzozową z Isany. Czy okazała się moim sprzymierzeńcem?


Woda zamknięta jest w plastikowej butelce o pojemności 500 ml. Jest koloru jasnożółtego i troszkę przypomina siki ;-) Jej zapach do najładniejszych z pewnością nie należy i pewnie niektórych może drażnić. Jest on dość intensywny i orzeźwiający, ziołowy. Na włosach może się utrzymywać przez jakiś czas, ale dosyć szybko się ulatnia. Wodę brzozową aplikuję po umyciu włosów, jeszcze przed ich wyschnięciem. Butelka jest dosyć nieporęczna więc przelewam odrobinę wody do kieliszka i stamtąd biorę ją do strzykawki. Jednorazowo aplikuję strzykawką ok. 6-8 ml wody bezpośrednio na skórę głowy, wmasowując w nią wodę.


Woda brzozowa ma za zadanie poprawić ukrwienie skóry głowy, wzmocnić włosy, dodać im blasku i objętości oraz zlikwidować łupież. Co z tych rzeczy woda zdziałała u mnie? Włosy myję co drugi dzień i w pierwszym miesiącu wodę stosowałam po każdym myciu. Po kilku tygodniach zauważyłam, że zaczęły pojawiać się na mojej głowie małe baby hair, co bardzo mnie ucieszyło. Zmniejszył się tez łupież i włosy dłużej utrzymywały świeżość, chociaż nadal musiałam myć je co drugi dzień. Po miesiącu kuracji postanowiłam stosować wodę co drugie mycie, aby nie przyzwyczaić skóry głowy do tego specyfiku. Po tym czasie zauważyłam też coraz mniejsze efekty, które niedługo potem całkiem zanikły. Obecnie wodę stosuję co drugie mycie, ale bywają momenty, że o niej zapominam i w ogóle jej nie stosuję.

Skład: 
Aqua, Isopropyl Alcohol, Propylene Glycol, Glycerin, Betula Alba Leaf Extract, Betula Alba Juice, Alcohol Denat., Sodium Benzoate, Panthenol, Parfum, Potassium Sorbate, Citric Acid, Peg-60 Hydrogenated Castor Oil, CI 19140.

Do tej pory zużyłam ok. 200 ml tej wody i zdanie na jej temat mam podzielone. Na początku widziałam po niej efekty. Teraz skóra głowy jakby się do niej przyzwyczaiła albo uodporniła i początkowych efektów już nie dostrzegam. Myślę, że teraz spróbuję powrócić do stosowania tej wody po każdym myciu i zobaczę czy pożądane efekty znowu powrócą. Woda ani mnie nie zachwyciła, ani tez nie zraziła mnie do siebie. Najważniejsze jest to, że nie spowodowała skutków ubocznych w postaci zwiększonego przetłuszczania się lub zwiększenia łupieżu. Jeśli ktoś lubi testować różne kosmetyki i ciągle szuka czegoś odpowiedniego dla swoich włosów, to myślę, że można skusić się na jej zakup, tym bardziej, że w Rossmannie można ją znaleźć na promocji za 3,99 zł. Woda jest wydajna i wystarcza na kilka miesięcy używania. Do tego jest łatwo dostępna, bo znajdziemy ją w każdym Rossmannie. Po jej zużyciu raczej ponownie po nią nie sięgnę, bo wolę kosmetyki, po których są bardziej widoczne efekty. Możliwe, że następnym razem skuszę się na słynną wcierkę Jantar, o której czytałam wiele dobrego.

Używałyście tej wody? Co o niej sądzicie?
Pozdrawiam Kasiaaa :-)

wtorek, 25 lutego 2014

Odświeżający krem-żel do twarzy z wyciągiem z ogórka i zielonej herbaty Avon Care, czyli tak na mat...

Czasami lubię sięgać po kosmetyki z Avonu. Kiedyś Avon miał świetne balsamy Naturals, których zapachy były przepyszne. Niestety obecne balsamy z tej serii nie równają się ich starszym braciom. Wśród kosmetyków z Avonu lubię maseczki z serii Planet Spa, które stale goszczą w mojej łazience i jestem z nich bardzo zadowolona. Z racji tego, że obecnie mam stały dostęp do konsultantki tej marki, przeważnie w każdym katalogu znajdę jeden kosmetyk, który zamawiam. Jakiś czas temu skusiłam się na Odświeżający krem-żel do twarzy z wyciągiem z ogórka i zielonej herbaty z serii Care i o nim będzie dzisiejsza recenzja. Krem wygląda na niepozorny, jednak pozory czasami potrafią zmylić...


Krem zamknięty jest w klasycznym, plastikowym słoiczku o pojemności 100 ml. Jego konsystencja, jak sama nazwa wskazuje, jest kremowo-żelowa. Dzięki temu krem jest lekki i szybko się wchłania. Mimo swojej 'lekkości' fajnie nawilża skórę twarzy, nie pozostawiając na niej tłustego filmu, co w moim przypadku jest bardzo ważne, ponieważ moja twarz lubi się świecić i nieustannie z tym walczę, z różnymi skutkami. Nie wysusza też skóry i nie pozostawia uczucia ściągnięcia, czy zbyt słabego nawilżenia.


Skład: 
Aqua, Isopropyl Palmitate, Butylene Glycol, Glycerin, Carbomer, Imidazolidinyl Urea, Cetearyl Alcohol, Methylparaben, Parfum, Polysorbate 40, Glyceryl Stearate, Sodium Hydroxide, Disodium Edta, Silica, Hamamelis Virginiana Extract, Cucumis Sativus Extract, Camellia Sinensis Extract, Cl 42090, Cl 47005. <1015279-020>.

 W składzie kremu znajdziemy ekstrakt z ogórka, ekstrakt z zielonej herbaty, a także ekstrakt z oczaru wirginijskiego, wykazujący działanie przeciwzapalne i przeciwbakteryjne. Wszystkie te ekstrakty mają bardzo dobry wpływ na cerę tłustą, trądzikową i mieszaną, co w moim przypadku się potwierdziło. Krem w żaden sposób mi nie zaszkodził, a wręcz przeciwnie. Mam cerę tłustą ze skłonnością do powstawania niedoskonałości i duża część kremów wywołuje u mnie nadmierną produkcję sebum. Oznacza to, że po aplikacji kremu, nałożeniu podkładu i odczekaniu kilku godzin, moja twarz zaczyna się świecić. Dosłownie ;-) Ten krem niczego takiego nie spowodował, co bardzo mnie zaskoczyło.


Nie spodziewałam się, że ten krem przypadnie mi do gustu, jednak miło się nim zaskoczyłam. Krem ma lekką konsystencji, ale bardzo dobrze nawilża moją skórę, która pomimo swojej 'tłustości', potrzebuje odpowiedniego nawilżenia. Po aplikacji szybko się wchłania, przez co nie muszę długo czekać, aby móc nałożyć podkład, który w ogóle nie roluje się na nim. Daję temu kremowi dużego plusa za to, że po jego aplikacji i nałożeniu podkładu, po kilku godzinach moja twarz nie świeci się tak, jak w przypadku niektórych kremów. Krem skutecznie matuje skórę twarzy na dobrych kilka godzin, czym naprawdę mnie zaskoczył. Do tego wygładza skórę, która jest po nim delikatna i odżywiona. Dobre jest też to, że krem nie zapchał mnie i nie spowodował powstania nowych niedoskonałości, a złagodził obecne.


Zapach kremu jest delikatny, świeży i lekki i mi bardzo się podoba. Myślę, że ten krem będzie idealny na cieplejsze dni, dlatego postanowiłam go odłożyć na jakiś czas i niedługo do niego wrócić, kiedy temperatura na dworze będzie trochę wyższa. Jest on też bardzo wydajny więc pewnie wystarczy mi na dłuższy czas. Krem kupiłam za 5,99 zł i z tego co wiem, nadal jest on dostępny w stałej ofercie Avonu. Nie wiązałam z nim wielkich nadziei i skusiłam się na niego ze względu na niską ceną i sporą pojemność. Okazał się on bardzo pomocny w zmatowieniu mojej skóry, dzięki czemu bardzo go polubiłam i myślę, że będę do niego wracała. Używałam już wielu kremów do twarzy, ale niewiele z nich potrafiło skutecznie zmatowić moją 'błyskotliwą' skórę (oprócz niego jeszcze krem Cetaphil DA Ultra potrafi skutecznie to zrobić;-). Temu jednak to się udało, za co chwała mu za to. A nie mówiłam, że tanie nie zawsze oznacza złe? ;)

Używałyście tego kremu? A może macie jakieś inne sprawdzone kosmetyki z Avonu?

Pozdrawiam Kasiaaa :-)

poniedziałek, 24 lutego 2014

Mobile mix photos...

Ostatni tydzień minął mi bardzo szybko, pomimo tygodniowego urlopu. Część tego tygodnia też mam wolną, ale zawsze wynajdę sobie takie zajęcia, które skutecznie zajmują mi wolny czas. W końcu udało mi się zrobić kilka fotek w ciągu dnia więc mam Wam co pokazać ;-)


1. Mój Mąż mówi, że jestem fajtłapa i czasami to się sprawdza ;-)
2. Nowe testowanie z SampleCity.pl.
3. Walentynkowa babeczka.
4. Pogoda na dworze nastraja mnie do wiosennych porządków (tu porządki w ubraniach).


5. Wieczorny relaks ze smakowitym Cydrem w tle.
6. Kolor, który rzadko gości na moich paznokciach.
7. Moje pierwsze Pink Joy.
8. Sonia podczas snu ;-)

Udanego tygodnia!

Pozdrawiam Kasiaaa :-)